Nr tel. 0495481976 MAREK

kontakt e-mail marek@naszewyjazdy.eu

Facebook - naszewyjazdy.eu

POLONIJNA GRUPA TURYSTYCZNA

            NASZEWYJAZDY.EU

                   BRUKSELA

             Rok założenia 1991

CZĘŚĆ PIERWSZA  -  POCZĄTKI - BEATA K.

 

POCZĄTKI

Księża zgodzili się, bym Polaków szukających pracy przyjmowała w Misji Katolickiej, na dole, w pokoju od ulicy, co środę od 14-ej do 18-ej. Od 18-ej do 19-ej ofiarowałam się dawać w salce na górze początki nauki języka francuskiego.

"Karierę” moją w dziedzinie pośrednictwa pracy zaczęłam od studiowania ogłoszeń w gazetach. Codziennie przeglądałam Le Soir, La Libre Belgique, a co tydzień Vlan. Telefonowałam pod podany numer i starałam się zachwalać pracę i zalety Polek. Moje telefony budziły coraz większe zainteresowanie.

W Belgii było bardzo dużo rodzin potrzebujących służby domowej. A zwłaszcza takich, które pragnęły mieć kogoś mieszkającego w ich domu ze względu na małe dzieci. Miesięczny zarobek wahał się wówczas między 15.000 a 20.000 frs. Taka gosposia otrzymywała przeważnie ładny pokój, całkowite utrzymanie oraz wolną niedzielę, a często wychodne od soboty w południe do poniedziałku rano. Szczegóły te były do omówienia.

Bardzo szybko zaprzestałam studiowania gazet, ponieważ zaczęłam otrzymywać coraz więcej telefonów od Belgijek z prośbą o przedstawienie im odpowiedniej kandydatki do pracy. Kandydatkami były przeważnie kobiety ze wsi lub małych miasteczek, bez znajomości języka francuskiego i tutejszych zwyczajów. Niektóre Belgijki przysyłały mi po prostu pocztą kilka stron planu pracy na cały tydzień, z prośbą o przetłumaczenie ich na język polski. Im byli to ludzie bogatsi, tym więcej mieli wymagań, nieraz bardzo drobiazgowych i bezsensownych. Jednak Polki akceptowały te warunki. By zarobić i wydobyć się w Polsce z nędzy, potrafiły znieść wiele...

Mój początkowy zapał rozgrzeszał te belgijskie wymagania i woziłam z samozaparciem Polki do eleganckich willi belgijskich, tracąc tam niejednokrotnie kilka godzin na tłumaczenia. Rozumiałam jednak, jak trudno było nauczyć Polkę wszystkiego tylko na migi. Na szczęście były one dość roztropne i większość z nich pojmowała szybko, co od nich wymagano.

Popularność ich rosła z każdym dniem. Damy belgijskie polecały sobie, jedna drugiej, mój numer telefonu, który coraz częściej zakłócał mi spokój w domu. Z początku cieszyłam się, że moje podopieczne mają takie powodzenie. Były to bowiem dopiero początki.

A na Rue Jourdan liczba Polek szukających pracy rosła z każdym tygodniem...

 

PIERWSZE SUKCESY - BEATA K.

Trudno mi pisać o tych wszystkich, którym pomogłam i których twarze i nazwiska migają mi w pamięci. Zatrzymam się na tych, z którymi, przez taki czy inny przypadek, miałam więcej styczności i kontaktu.

Beata była jedną z pierwszych studentek, której pomogłam w znalezieniu pracy. Siedziała wśród innych kobiet, którejś środy, w Misji. Studiowała na Politechnice Warszawskiej. Miała 19 lat, znała doskonale angielski i chciała zarobić na dalsze studia.

Zaczęła opowiadać mi bardzo żywo, w jaki sposób znalazła się w Brukseli, tak jakby chciała mnie przekonać, że to absolutna prawda. Malowała dokładnie obraz wyjazdu z Polski i pierwsze dni tułaczki po Holandii.

-Heniek, podobno wyjeżdżasz za granicę na zarobek. Zabierz mnie ze sobą do Holandii - prosiła błagalnie Beata.- Masz samochód, więc zapłacę ci za benzynę. Wiesz dobrze, że muszę zarobić koniecznie na studia.

Heniek chwilę się namyślał, ale w końcu wyraził zgodę:

Bądź gotowa w piątek o czwartej rano, podjadę pod twój dom, by cię zabrać...

I tak już drugi dzień tłukli się rozklekotanym fiatem po Holandii, po wszystkich możliwych zakątkach, gdzie tylko istniały plantacje kwiatów i możliwość zbierania cebulek. Wszędzie byli już Polacy i zewsząd odsyłano ich z niczym. Byli już bardzo zmęczeni. Spali w samochodzie, jedli kiełbasę i chleb przywiezione jeszcze z Polski. Nawet wzięli ze sobą wodę do picia. Ale umyć się nie było gdzie. Czasem chlusnęli sobie trochę wody na twarz, by się orzeźwić i jechali dalej. Przejechali tak prawie całą Holandię, ale bez sukcesu. Wreszcie zdecydowali ruszyć na Brukselę. Był to październik 1987 roku. Beata dowiedziała się o mnie i dlatego trafiła od razu na Rue Jourdan. Tutaj dowiedziałam się trochę o jej życiu w Polsce.

W Warszawie zajmowała się chorym ojcem, wdowcem, więc gospodarstwo nie miało dla niej tajemnic. Umiała gotować, sprzątać i nie bała się żadnej pracy. Postanowiłam przedstawić ją następnego dnia pani de L., która potrzebowała gospodyni.

Dom hrabiny mieścił się w eleganckiej dzielnicy willowej. Był olbrzymi. Salon, w którym przyjęła nas pani domu, był tak wielki, że prawie nie widziałyśmy końca.

I jak tu zostawić takie dziecko? myślałam z przerażeniem w duszy. Ale Beata dyskutowała już żywo z hrabiną i pytała o każdy szczegół dotyczący przyszłej pracy. Wywarła jak najlepsze wrażenie na pani de L. i została natychmiast zaangażowana.

Hrabina nie miała dobrego serca. Wychodziła z założenia: "płacę i wymagam". Beata dostawała tylko wolną niedzielę, a cały tydzień pracowała od świtu do nocy. Od rana musiała wysprzątać ogromny dom. Zaciskała zęby patrząc na nieporządek w pokojach dzieci. Nie były już takie małe. Tylko najmłodsza córeczka miała cztery lata. Inne, w wieku szkolnym, nie robiły żadnego wysiłku, by utrzymać elementarną czystość i porządek wśród swoich rzeczy. Książki walały się po podłodze. Różne części garderoby były niedbale rzucone na krzesła czy nawet w kątach pokoju. I tak było codziennie. Żadnego szacunku dla jej wysiłku i pracy. Czuła się prawie bojkotowana. Codziennie rozpoczynała wszystko od zera. A pani hrabina dzieciom pozwalała na wszystko.

W południe zaczynała gotowanie obiadu dla 7 osób. Przeżywała nieraz ciężkie momenty wewnętrznego strachu, czy aby dobrze zrozumiała, co jej tłumaczyła hrabina. Czy cykoria zawijana w szynce i zalana beszamelem była dość miękka i niezbyt gorzka. Czy aby pieczeń udusiła się tak jak powinna i.t.d. Potem musiała zmyć naczynia, 3 razy w tygodniu zrobić pranie i prasowanie.

Wieczorem była tak zmęczona, że oczy same jej się zamykały. Marzyła, by zostać sama w małym pokoiku pod dachem. Był to najcudowniejszy moment dnia. Nareszcie mogła korzystać z ciszy i samotności. Mogła, choć na moment, włączyć telewizor i wchłonąć

kilka zdań pięknej angielszczyzny z BBC. Upajała się tą chwilą i czekała na nią cały dzień.

Zastanawiała się, jak długo wytrzyma. Każdy miesiąc dłużył się piekielnie, a ona potrzebowała jeszcze tyle pieniędzy. Pragnęła przecież skończyć studia, ojciec już nie pracował, był chory i musiała się nim zająć. A siostra miała wyjść za mąż i jej też chciała trochę pomóc.

Sama nie wiedziała, jak wytrzymałaby swoje obecne życie, gdyby nie było niedzieli. Niedziela była dla niej jakby odrodzeniem duszy i ciała. Zastanawiała się nieraz, jak ją najlepiej wykorzystać, tak się jej wydawała krótka.

Rano szła na Mszę Św., a potem biegała po dworze jak młody psiak. Czuła głód powietrza, natury i snu. Wieczorem rumieńce wracały na pobladłą buzię, oczy nabierały blasku i mogła rozpoczynać swój kierat od nowa. Błogosławiona NIEDZIELA, bez niej Beata chyba by nie wytrzymała.

Telefonowała do mnie regularnie, by mnie informować o wszystkim. Zaprosiłam ją w którąś niedzielę na obiad. Żal mi było serdecznie tych młodych dziewcząt, które tak ciężko musiały rozpoczynać życie. Beata była jednak bardzo dzielna i wspomina te chwile pogodnie. Przecież nie było innej okazji, by zarobić. Jest nawet w kontakcie z panią hrabiną.

Nie zapomina też o mnie. Na każde święta otrzymuję serdeczne życzenia i pozdrowienia. Skończyła studia i przysłała zaproszenie na ślub. Szkoda, że Polska jest tak daleko, bo chętnie ucałowałabym Beatę, by jej życzyć dużo szczęścia.... 

 

                                                        

 

 

 

 

CZĘŚĆ DRUGA