Nr tel. 0495481976 MAREK

kontakt e-mail marek@naszewyjazdy.eu

Facebook - naszewyjazdy.eu

POLONIJNA GRUPA TURYSTYCZNA

            NASZEWYJAZDY.EU

                   BRUKSELA

             Rok założenia 1991

CZĘŚĆ DRUGA - MARYSIA M

.

MARYSIA M.

 

W Domu Kultury Polskiej, lub, jak inni może wolą, w Domu Kombatantów, organizowano wieczór piosenki polskiej. Bohaterką wieczoru miała być Marysia M. Słyszałam, że doskonale śpiewa solidarnościowe piosenki i gra na gitarze. Nie znałam jej i byłam ciekawa ją poznać. Był to chyba luty 1988 roku, a więc wszystko, co dotyczyło SOLIDARNOŚCI, dotyczyło i każdego z nas. No i każdy chciał się trochę rozerwać.

U pani Izy salka na dole była pełna gości. Wszyscy żywo między sobą rozmawiali i dowcipkowali. Nagle zgasły światła. Głosy ucichły. W kręgu jasnego reflektora ukazała się młodziutka dziewczyna, siedząca na niskiej skrzyni. Jasne włosy opadały lekko na czoło. Była ubrana prosto i skromnie, chyba w białą bluzkę. Drobne ręce trzymały gitarę.

Ballada o Janku Wiśniewskim, piosenka STOCZNIOWCA zapowiedziała cichym, dźwięcznym głosem.

Smutne, rzewne tony piosenki i pełen czaru i wyrazu głos działał chyba na wszystkich obecnych. Marysia musiała mieć nie więcej niż dwadzieścia lat.

Ależ to artystka z prawdziwego zdarzenia pomyślałam w duchu Co ona tu robi? Byłam urzeczona jej głosem i całą jej postacią.

"Nie pragnę wcale byś była wielka,

Zbrojna po zęby od morza do morza,

I nie chcę także, by Cię uważano,

Za perłę świata czy wybrankę Boga."

W sali panowała wzruszająca cisza. Marysia podnosiła lekko drobną, delikatną buzię, odrzucając do tyłu złote włosy i wiodąc rozmarzonym wzrokiem, dalekim i jakby nieobecnym, ponad głowami zebranych. Pełnym natchnienia głosem śpiewała dalej.

"Lecz pragnę domu w Twoich granicach

Bez lokatorów stukających w ściany ....."

Jeszcze przez chwilę rzewne nuty piosenki płynęły na widownię, tuliły się do ścian, powoli cichły aż zamilkły zupełnie. Zebrani siedzieli długą chwilę zasłuchani i zamyśleni, bojąc się ruszyć. Nagle wybuchły brawa. Oklaskom nie było końca...

 

Tak poznałam Marysię M., a dopiero potem los miał mnie bardzo do niej zbliżyć. Któż mógłby przypuścić, że ta młodziutka, śliczna panienka, pełna wdzięku i subtelności będzie miała tak ciężkie i tragiczne przeżycia. Ojca już nie miała, zmarł młodo na serce. Pochodziła z Białostockiego i chciała iść na studia, ale to, co zarabiała matka, nie wystarczyłoby na utrzymanie Marysi. Rodzinny, piękny dom prawie się rozsypywał i potrzebował na gwałt remontu. Nie było innej rady, wyruszyła na Zachód, jak wiele innych, po "złote runo".

Nie jechała zupełnie w ciemno, ponieważ w 1986 roku zaangażowała ją rodzina amerykańska jako "fille au pair". Zaraz na początku skradziono jej w Belgii paszport i bilet powrotny do Polski.

Rodzina amerykańska, w której było kilkoro dzieci, przyjęła ją serdecznie. Potrzebowali przecież pomocy w domu i młodych rąk do pracy. Marysia uwijała się od rana do nocy za bardzo marne pieniądze. Nie narzekała. Była chętna do pracy i do nauki, starała się wypełniać swe obowiązki skrupulatnie i bez ociągania. Czuła jednak, że ją wykorzystują. I to wywoływało w jej sercu bunt. Wprawdzie o wszystko proszono ją grzecznie i z uśmiechem, ale gdy słyszała swe imię wypowiadane setki razy w ciągu dnia, by wykonać tę czy inną pracę, po kilku miesiącach miała ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. Ale gdzie ja pójdę? myślała z goryczą. To prawda, jestem wściekle zmęczona, lecz przyjechałam z własnej woli, by zarobić, więc nie mam wyjścia, powtarzała sobie w duchu. Rzeczywiście, pod koniec każdego tygodnia była tak umęczona, że czuła się jak zbity pies. Dlaczego w tym domu jest tyle schodów, zastanawiała się nieraz.

Musiała prawie bez przerwy gonić z dołu na górę i z góry na dół. Karmić dzieci trzeba było na dole, a kąpanie ich odbywało się na górze. Bieliznę prało się w piwnicy, a prasowało na parterze. Myślała z goryczą, że za to, co jej płacili, mogłaby mieć łatwiejsze życie. Ale przynajmniej świetnie poduczyła się angielskiego.Była z tego dumna i zadowolona. Jednak sakiewka świeciła prawie pustką.

Po roku amerykańscy pracodawcy pojechali do Paryża. Marysia czuła, że grunt usuwa jej się spod nóg. Została bez mieszkania i pracy.

Znalazła kąt u koleżanki, ale mieszkanie tam było katorgą. Za ścianą, co wieczór, hulanka i swawola. Lała się wódeczka. Ordynarne rozmowy i hałasy nie dawały jej spać.

 

Muszę się stąd wynieść, nie wytrzymam, powtarzała bez przerwy. Ale gdzie iść? Nie znała tu nikogo. Wreszcie znalazła spokojny pokój u pana R., rozwiedzionego Rosjanina, który miał własny dom i wynajmował pokoje. Pomógł nawet Marysi znaleźć parę godzin sprzątania. Pan R. okazywał jej dużo serdeczności i zainteresowania. Spływało to jak balsam na jej osamotnione serduszko, pełne niepokoju. Zaczęła chodzić do Domu Polskiego, gdzie grywała na gitarze i śpiewała solidarnościowe piosenki. Gitarę zabrała ze sobą z domu, był to jej wierny przyjaciel, towarzysz na dalekim wygnaniu. Drugim przyjacielem okazał się pan R. Miał czterdzieści lat i okazywał Marysi coraz więcej zainteresowania, aż wreszcie zaczął ją darzyć płomienną miłością. Nie było w tym nic dziwnego, bo Marysia miała ogromny czar, młodość i urodę. Była wrażliwa i romantyczna. Serce jej wyrywało się do uczucia, nie analizując ani za, ani przeciw. Pan R. nie musiał długo czekać, by mu uległa. Zaproponował jej małżeństwo. I tak Marysia została żoną pana starszego od niej o 20 lat. Marzyło jej się obywatelstwo belgijskie, bo pan R. był Belgiem. A poza tym była zakochana całą miłością swych 21 lat. Jej postać promieniowała uczuciem. Błękitne oczy uśmiechały się do świata i cała buzia przypominała świeży kwiat. Biedna Marysia, nie przypuszczała wtedy, jak krótkie będzie jej szczęście. Pan R. miał naturę wybuchową, zazdrosną i lubił zajrzeć do kieliszka.

W kilka miesięcy po ślubie dowiedział się, że zachorowała mu matka w Rosji. Rozpoczął starania, by ją sprowadzić do Belgii. Były to miesiące ciężkie dla Marysi, bo mąż był niecierpliwy, chciał jak najszybciej mieć matkę przy sobie. A starania były trudne i długotrwałe. Gdy tracił cierpliwość, zaczynał pić. Wszystkie złe humory wylewał na Marysię. Wydawało mu się nieraz, że ona go za mało kocha i niezupełnie rozumie. Niektóre wieczory były jednak tak cudownie szczęśliwe, że Marysia zapominała o wszystkim.

Wreszcie po długich oczekiwaniach matka przyjechała. Pamiętał ją młodą, żywą i inteligentną. A tu czekał go potężny szok. Zamieszkała u niego staruszka, bardzo chora i plująca krwią. Syn robił wszystko, by ją leczyć, ale było już chyba za późno. Z rozpaczy i bezsilności szukał pocieszenia w wódce. Załamał się pod każdym względem. Zaczął zaniedbywać pracę. Marysia była coraz bardziej o niego niespokojna, bo widziała, jak bardzo staje się niezrównoważony.

 

Na domiar złego stracił posadę. A gdy matka zmarła, zanurzył się po uszy w pijaństwie. Czuł żal do świata o wszystko. Nienawidził siebie. Znęcał się nad Marysią. Wpadał w chorobliwą zazdrość pod wpływem alkoholu i nawet zaczął ją bić.

Młodziutka żona uciekała do Domu Polskiego. Nieraz panie widząc sińce na jej twarzy, zatrzymywały ją na noc u siebie, ale Marysia jeszcze kochała męża. Pełna niepokoju o niego biegła jak na skrzydłach do domu. Starała się wszystkimi siłami wyciągnąć go z okropnego nałogu. Chowała butelki. Wylewała alkohol do zlewu. Wszystko bez skutku.

Zaczęła odczuwać brak pieniędzy, miewała duże trudności finansowe. Przybiegała do mnie, na Rue Jourdan, by otrzymać więcej pracy. Musiała teraz pracować na dwoje. Biegała do sprzątania od rana do wieczora, by "żyć. Gdy wracała do domu, piekielnie zmęczona po pracy, mąż wyrzucał jej, że się włóczy. I bił ją coraz częściej i coraz gwałtowniej. Chwilami wstydziła się pokazać u ludzi.

  • Marysiu, jak ty możesz to wytrzymać? - pytałam z przerażeniem.
  • Pani Tereso, to nic, on mnie chyba bije z miłości.

Nie chciałam wierzyć własnym uszom. Ale po roku i ona zaczęła mieć tego dość. Zwróciła się o protekcję do policji. Wystąpiła z prośbą o rozwód.

Uradowałam się ogromnie, tym bardziej, że zaprosiła mnie, by obejrzeć jej nowe mieszkanie. Zaproponowałam jej naszą kanapę i dwa fotele. Marysia była zachwycona tą darowizną. Umówiłyśmy się, że przyjedzie po nie któregoś wieczora pożyczoną ciężarówką. Przyjechała, ale nie sama, lecz z Kazikiem. Śmiać mi się chciało w duszy, że już ma kogoś nowego, po tym całym dramatycznym małżeństwie. Trudno było jednak swyobrazić sobie Marysię samą. Miała nowego towarzysza i była zakochana. Znów pokazywała urocze dołeczki w buzi pełnej uśmiechu. A cała smukła figurka i bardzo zgrabne nogi ponosiły ją jak do tańca.

Cały dzień goniła do pracy, do sprzątania, ale wieczorem lubiła gotować, śpiewać i marzyć o spokojnym szczęściu rodzinnym. Lubiła chodzić z Kazikiem na tańce. Tak lubiła tańczyć, że zatańczyłaby się na śmierć. Lubiła także z nim rozmawiać na różne tematy. Był oczytany, inteligentny i bardzo jej tym imponował. Ale według Marysi nie był on, niestety, zupełnie normalny. Jedynak, rozpieszczony przez mamę, której był oczkiem w głowie, nie umiał bez niej żyć i stale do niej zaglądał. Na domiar złego lubił oglądać w domu u mamy pornograficzne filmy. Marysi to się bardzo nie podobało.

Mijały jasne i pogodne miesiące. Lato było wyjątkowo ciepłe i słoneczne. Chodzili z Kazikiem w niedzielę do parku i włóczyli się po Brukseli. Oglądali stare, romantyczne zaułki, Manneken Pis, śmiali się jak dzieci, mieli ochotę wylegiwać się na trawie, a nawet deptać ją bosymi stopami. Byli po prostu młodzi i szczęśliwi.

Aż tu nagle Kazik złamał obojczyk. Marysia zawiozła go natychmiast do szpitala, do jego przyjaciela Leona, kinezisty. Był on z pochodzenia Grekiem. Leczył Kazika z przekonaniem i oddaniem. Robił mu masaże w mieszkaniu Marysi. A wieczorami z Marysią śpiewali. Oboje lubili śpiew i gitarę. Któregoś dnia postanowili urządzić wieczór piosenek dla młodzieży polskiej; próby odbywały się u Marysi. Potem była przegryzka, dużo dowcipów i dużo śmiechu. Leon był niezwykle sympatyczny i pełen uroku. Marysia nie tylko go serdecznie polubiła, ale zaczęła go przede wszystkim cenić. Widywali się zawsze we troje, ale z biegiem czasu Marysię zaczęły drażnić starokawalerskie przyzwyczajenia Kazika. No i absolutna niepewność jego uczuć. Tęskniła coraz bardziej za jakąś stabilizacją. Męczyło ją bieganie z jednego końca miasta na drugi, by zarobić sprzątaniem.

 

A Leon podobał jej się coraz bardziej. Wiedziała, że nie jest mu obojętna. Jego spojrzenia, jego podejście do niej, jego serdeczność i troskliwość mówiły wiele. No i kiedyś nie wytrzymała. Wystawiła za drzwi wszystkie ubrania Kazika i kazała mu się wynosić. Miała go dość i nie chciała go więcej widzieć. Serce jej było pełne Leona i to Leon teraz wypełniał jej uczucia. Była pewna, że przy nim jej życie nabierze sensu i wartości, że nareszcie skończy się bieganie po obcych domach, by szorować cudze kąty. Czuła każdą cząstką swego serca, że nareszcie znalazła to, czego tak długo szukała, prawdziwą i głęboką miłość. Wiedziała, że u boku Leona zazna nareszcie szczęścia i spokoju, za którym tak bardzo tęskniła.

Rzeczywiście, lepiej wybrać nie mogła. Jest do głębi szczęśliwa. Przeniosła się do Leona i mają uroczego synka...

 

CZĘŚĆ TRZECIA